Drugi dzień naszej podlaskiej wyprawy rozpoczęliśmy od śniadanka i spaceru po Supraślu, a potem niestety zaczął padać deszcz, więc przeczekaliśmy, ale przed południem wyjechaliśmy w trasę. Celem tego dnia była wieś Wigry, bo tam mieliśmy zabukowany nocleg, ale najpierw oczywiście mieliśmy plan pojeździć po regionie.
Drogi w świetnym stanie, ruch niewielki, więc jazda motocyklem po Podlasiu okazała się czystą przyjemnością… pierwszy przystanek – wieś Bohoniki. Wieś została nadana Tatarom przez króla Jana III Sobieskiego w 1679 roku w zamian za zaległy żołd i służbę wojskową w obronie Rzeczypospolitej. Jest to jeden z najważniejszych ośrodków mniejszości tatarskiej w Polsce i nadal pielęgnuje się tam orientalne tradycje. Znajdziemy tam zabytkowy, drewniany meczet, który można zwiedzać, skosztujemy też tradycyjnej kuchni tatarskiej.



Jak już wcześniej wspomniałam, uważam, że drogi na Podlasiu są w świetnym stanie, a ruch taki, że czasami się zastanawiałam dla kogo je pobudowano? A przecież to był weekend wakacyjny, poza sezonem pewnie jest jeszcze większy spokój, czyli pustki całkowite😉. Jeżdżąc po przygranicznych drogach byliśmy tak blisko naszych sąsiadów, że dostaliśmy sms-y „Play wita na Białorusi” i trzeba było uważać, żeby nie wrócić z podwyższonym rachunkiem za usługi telekomunikacyjne 😁.
Przejeżdżając przez wieś Knyszewicze zatrzymaliśmy się przy posesji nietuzinkowego człowieka Stanisława Nicewicza. Nie da się jej ominąć nie zauważając ogromnej głowy wyglądającej niczym rzeźba z Wysp Wielkanocnych, właściciel i wykonawca zarazem umieścił w niej kapsułę czasu. Obok stoi „Czuczało”, dla nas śmierć z latarenką🤭, na podwórku znajdziemy zresztą wiele ciekawych obiektów, o których właściciel ochoczo opowiada. Myśleliśmy, że spędzimy tam kilkanaście minut, fotki i jedziemy dalej, ale… okazało się, że moglibyśmy tam spędzić cały dzień. Pan Stanisław vel Einstein to mega ciekawy, interesujący i miły człowiek z wieloma pasjami, o których uwielbia opowiadać. Jak będziecie w pobliżu koniecznie go odwiedźcie, a jeśli chcecie „troszkę” go poznać już teraz, zobaczcie https://bialystok.tvp.pl/94737577/odc-68-einstein-w-knyszewiczach




Następnie kierowaliśmy się na mosty w Stańczykach, po drodze zatrzymaliśmy się w Sejnach na kawkę. Miała być krótka przerwa, ale przyszła burza, którą na szczęście przeczekaliśmy siedząc na tarasie restauracji Skarpa. Cieszyliśmy się, że ulewa nie złapała nas w trasie, ale jednak „uciekło nam” trochę czasu i postanowiliśmy udać się już prosto do miejsca, gdzie mieliśmy zarezerwowany domek na nocleg – wieś Wigry…
…nad jeziorem o tej samej nazwie. Nocleg w domku w Smażalni Ryb, Wigry 5. Kolacja na miejscu, polecamy pyszną, świeżą rybkę smażoną albo jak w moim przypadku, wędzoną. Jezioro, spokój, cisza… idealne miejsce na relaks i odpoczynek. Drugi dzień pogodowo nie był już taki rewelacyjny, ale nie zmokliśmy, pojeździliśmy i zobaczyliśmy znowu kawałek Podlasia.


Trzeci i ostatni dzień naszego wyjazdu – niedziela – plan nie był napięty, bo do domu mieliśmy 600 km, pogoda od rana rewelacyjna, więc po śniadanku i spacerku wyruszyliśmy w trasę. Po drodze odwiedziliśmy Tykocin. Najpierw zamek, który mieści obecnie muzeum z wieżą widokową, restaurację oraz pokoje gościnne. Restauracja zamkowa serwuje dania kuchni dworskiej, regionalnej, polskiej, żydowskiej, tatarskiej i litewskiej. Na dziedzińcu można napić się tradycyjnie parzonej kawy po tatarsku i posilić, co w przypadku naszej grupy (oczywiście z wyłączeniem mnie😉) oznaczało kolejne jagodzianki 😁.



Przejechaliśmy oczywiście na rynek w Tykocinie, na którym znajduje się knajpa z filmów z serii „U Pana Boga…”, która w produkcji grała gospodę „Zapiecek” oraz miejsce związane ze Struzikową. W miasteczku jest również Wielka Synagoga ,którą można zwiedzać. Budynek działa jako oddział Muzeum Podlaskiego w Białymstoku i prezentuje bogate ekspozycje poświęcone kulturze żydowskiej. My sobie odpuściliśmy, ale podaję jako ciekawostkę.



Potem jechaliśmy już trasą w kierunku na dom. Z każdym kilometrem niebo było coraz bardziej zachmurzone i prognozy nadchodzącej z zachodu burzy i deszczu robiły się coraz bardziej realne… zawsze można się łudzić, że „przejdzie bokiem”, ale niestety nie tym razem. Przed Łodzią po prostu lunęło z nieba, zjechaliśmy na najbliższą stację, ale byliśmy i tak już cali mokrzy. Asia i Artur mieli ze sobą stroje przeciwdeszczowe, my nie… Oni mieli do domu około 40 km, my ponad 200 km. Znacie przysłowie „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”? Otóż to właśnie się podziało, Asia i Artur oddali nam swoje swoje stroje i jakoś dotarliśmy do domu. Taką „przeprawę” jeśli chodzi o jazdę w deszczu mieliśmy ostatnio w 2018 r, zresztą na tej samej trasie, gdy wracaliśmy z Sandomierza.
Podsumowując trip Podlasie, przejechaliśmy 1500 km, pogoda w większości dopisała, trasy na miejscu super, zobaczyliśmy wiele ciekawych miejsc, a przede wszystkim poznaliśmy chociaż trochę region Polski, który do tej pory był dla nas całkowicie nieznany.
LwG