Ostróda…

Wypad zaplanowaliśmy na 3 dni, wybrał się z nami również nasz syn Kacper, który po zeszłorocznym wyjeździe nad Gardę wciąż się dopytywał, kiedy znowu z nami gdzieś pojedzie. To nasz pierwszy w tym roku “dłuższy” wyjazd, więc pojechał … … niestety pogoda tydzień wcześniej zapowiadała się zdecydowanie lepiej, a ostatecznie była “taka sobie” szczególnie już na miejscu…

Wiedzieliśmy, że nie damy rady wyjechać rano tylko dopiero koło południa, więc zdecydowaliśmy się na “początek” Mazur i wybór padł na Ostródę… większość trasy upłynęła nam w pięknym słońcu… ale niestety im bliżej celu tym więcej chmur i niższa temperatura…

Ostróda położona jest w województwie warmińsko-mazurskim nad jeziorem Drwęckim, a przez miasto przepływa rzeka Drwęca. Noclegu szukaliśmy raczej w centrum i wcale nie było łatwo, ponieważ w związku z obecną sytuacją hotele dopiero wznawiają powoli swoją działalność, a turystów “jak na lekarstwo”, więc większość była jeszcze nieczynna no i jak zwykle ważne jest zawsze miejsce dla motocykli… Zarezerwowaliśmy pokój w hotelu Dom Polonii, pokoje skromne, ale motocykle na zamkniętym parkingu za hotelem no i śniadanko, chociaż niestety zamiast szwedzkiego stołu dostaliśmy “gotowce” do pokoju, ale … cóż takie wytyczne MZ…

Hotel jest położony bardzo blisko bulwaru nad jeziorem, więc już w piątek wieczorem udaliśmy się na rekonesans… niestety cicho i głucho… po krótkim spacerze wróciliśmy do pokoju z nadzieją, że sobota będzie “żywsza” i zadowoliliśmy się pizzą zamówioną do hotelu. Sobotę zamierzaliśmy spędzić na miejscu… odpocząć, coś zwiedzić, jakieś piwko, lody… generalnie relaks… jest maj, więc spodziewaliśmy się chociaż niewielkiej ilości turystów… niestety chyba koronawirus skutecznie wszystkich przepłoszył… NAPRAWDĘ?

Praktycznie przy samym jeziorze znajduje się zamek krzyżacki, szukając go wyobrażałam sobie coś zdecydowanie większego… Pierwsza wzmianka o warowni pochodzi z około 1300 roku, Krzyżacy zbudowali tu drewniany dwór rycerski, który stanowił siedzibę zakonnego wójta. Budowę murowanego z cegły zamku w jego pierwotnym kształcie rozpoczął w połowie XIV wieku ówczesny komtur Günter von Hohenstein. W trakcie działań wojennych podczas II wojny światowej zamek ucierpiał, a po wyzwoleniu miasta w 1945 r. został doszczętnie spalony przez Armię Czerwoną. Odbudowa została rozpoczęta w 1974 i trwała do 1996. W chwili obecnej mieści się w nim centrum kultury, galeria, biblioteka oraz muzeum.

“Spacerniak” wzdłuż brzegu jeziora był totalnie pusty, piwo kuflowe udało nam się kupić “ukradkiem”… lodziarnia, która się otwierała po pół godzinie była zamknięta (nie wiadomo dlaczego?) wszystko jakieś takie dziwne… nie lubię takiej rzeczywistości… mimo wszystko dłuuugi spacer sprawił mi duuużo przyjemności… no i z czystym sumieniem możemy polecić Kebab King Amon – pysznie!

Na niedzielę niestety prognoza pokazywała przelotne opady, postanowiliśmy więc wyjechać wcześnie i uciec przed deszczem… w sumie plan się udał, bo nie zmokliśmy… co prawda trasa do Torunia w pełnym zachmurzeniu i przy 10 stopniach, ale drogi były praktycznie puste i jechało się całkiem przyjemnie… aż do momentu, gdy policja “strzeliła” do nas z radaru i … bez mandaciku się nie obyło, tzn dostał go Krzysiu, bo jechał pierwszy, na szczęście zostaliśmy potraktowani dość łagodnie.

Od Torunia zgodnie z prognozą niebo zaczęło się przecierać i wracaliśmy już w towarzystwie słoneczka… przejechaliśmy prawie 600 km i bezpiecznie dotarliśmy do domu… na pewno jeszcze na Mazury wrócimy, mam nadzieję w bardziej sprzyjających okolicznościach zarówno pogodowych jak i “życiowych” w sensie bez rządowych “obostrzeń”… LwG